PAKA - Strona Główna
Półfinały
XX
XX
  • Skecze video
    • Hrabi po spektaklu
    • Kabaret SMILE - Mapa (egzamin na studia)
    • Kabaret Młodych Panów - Piotr Żyła (skoczek)
    • Kabaret DNO - Freestyler II (po polsku)
    • Kabaret PUK - Terapia Małżeńska
    • Mariush - Czemu nie ma Ciebie tu? (koncert)
    • Mariush - Odwilż na bis (koncert)
    • Kabaret Młodych Panów - Wielka Orkiestra Budżetowej Pomocy
    • Stand up Kraków
    • Kabaret DNO - Bakteria
    • Kabaret Młodych Panów & Smile & Łowcy.B - Klinika
    • Kabaret Łowcy.B - Zabawa w chowanego (skecz z wpadką)
    • Kabaret Z Nazwy - Baby (PAKA 2013)
    • Kabaret Z Nazwy - Przepustka (PAKA 2013)
    • Kabaret 7 minut Po - Wzębodłubie (PAKA 2013)
    • Kabaret 7 minut Po - Skecz który się nie odbył (PAKA 2013)
  • Skecze video
bnk
Stowarzyszenie Promocji
Sztuki Kabaretowej "PAKA"

ul. Oleandry 1
30-060 Kraków

e-mail: paka@paka.pl
tel/fax: (12) 681 60 35
NIP: 677-22-92-023
ROTUNDA
PAKA » Nowości » Proza Piotra Bałtroczyka. 2011-08-11 12:27:13
Proza Piotra Bałtroczyka.
Nazywam się Piotr Bałtroczyk. Mam 48 lat.
1

Nie dziwi mnie nijak pierwsze zdanie, bo się przyzwyczaiłem, drugie wciąż mnie zaskakuje: te cyferki, które przeskakują jak w starych taksometrach z łamanym kogutem. Podobno zmienia się z wiekiem nasze subiektywne odczuwanie czasu. Winę za to ponosi jakiś gruczoł (nazwy nie pamiętam), który produkuje mniej jakiegoś enzymu (nazwy nie pamiętam).
To tylko przez to mój dzisiejszy rok trwa tyle, ile trzy lata dwudziestoletniego Bałtroczyka, długowłosego, lubiącego powyciągane czarne swetry do kolan i wojskowe kurtki. Pisał wiersze o starości, bo nic o niej nie wiedział, i całował się z dziewczyną na wiejskim weselu w kwitnącym jabłoniowym sadzie. Nigdy jej więcej nie spotkałem, ale zapach tego sadu wciąż pamiętam. A Ci, którzy ślub wtedy brali, nie żyją.
Lubię tamtego chłopaka i wydaje mi się, że dużo Go jest we mnie, ale zupełnie nie rozumiem jego wierszy i sprawia mi to przykrość. Myślę, że zdarłem z siebie tamtą wrażliwość, albo może obudowałem ją półpancerzem nader praktycznym.
Ale każdego dnia mocniej czuję się jak Jamal "Slumdog" Malik, który tyle wiedział, ile przeżył. Gdzie wszystkie mojej książki, pytam sam siebie, gdzie to, czego się z nich dowiedziałem, gdzie odpowiedzi, które dawałem i pytania, które potrafiłem zadać; pytam każdego dnia mojej wiejskiej wilegiatury. A kreda obsypuje się z liter stawianych na tablicach wiejskich szkół.
Jesteś już duży, mówię do siebie, masz Synów, posadziłeś setki drzew, odbudowałeś stare domy, wkrótce zbudujesz nowy, kochałeś wiele kobiet i wiele ciebie kochało, pochowałeś Ojca, twoja Matka stała się dzieckiem i wymaga twojej opieki. Musisz znać odpowiedzi na pytania, ktoś może cię zapytać i wypada, żebyś wiedział.
A tu nic.

2
Amerykański poeta Wendell Berry napisał wiersz pt. "Spokój dzikich istnień", nie mogę go dosłownie zacytować, bo książkę zły człowiek z domu wyniósł. Ale pisał tam, że kiedy zmęczy go gwar miasta, ulice, ludzie, ucieka gdzieś nad leśne jezioro, patrzy, jak barwny kaczor ląduje na wodzie, słyszy krzyk żurawi, widzi sarny przechodzące przez leśną polanę i powoli spływa na niego spokój dzikich istnień. Chyba doświadczam tego samego, i choć musiałem w to włożyć wiele pracy i jeszcze więcej alkoholu, to dziś, wreszcie, rzecz dzieje się po prostu.
Bywam tak bezrefleksyjnie szczęśliwy, kiedy wychodzę na taras i patrzę na mgły nad stawem i polami, kruki nad lasem, zimorodka który pikuje do wody i wyławia słonecznice. Czuję w powietrzu zapach ziół z ogrodu: tymianek, lubczyk, rozmaryn, bazylia, oregano i zaczynam myśleć, co ugotować Gościom. Bo przecież Piotrek może przyjedzie, syn młodszy; Siostra z dziećmi, może Grażyna po pracy znajdzie czas, Janusz wróci z Sejmu, Stasiek zajedzie. Odpalimy motocykle, pokopiemy w opony, napijemy się zimnej retsiny, jeśli będzie ciepło, albo mrocznego pinota, by nas rozgrzał, jeśli będzie chłodniej. Maltów mam tyle, że każdy sobie coś znajdzie Nawet jakby nie przyjechali - uwielbiam gotować. Gdzieś z tyłu będzie grał Springsteen, albo Waits, może "Wariacje Goldbergowskie", albo Hołownia, albo Cohn, a ja będę uważał, by się nie zaciąć którymś z moich ostrych noży.
      Czuję się jakbym od zawsze był stąd i żałuję, że ten czas się skończy.

3


To uzależnienie od Otulek, tak nazywa się moja wioska, jest w pewien sposób utrudniające. Nie chcę stąd wyjeżdżać, jestem domatorem ortodoksyjnym. Ale tęsknię za jazdą motocyklem po alpejskich drogach, kiedy po zjeździe z przełęczy bolą mnie barki od przerzucania motoru z prawej na lewą, śni mi się zapach Toskanii i nagły deszcz, który zamienia cyprysy w obrazy Biegasa. Muszę znów pojechać do Uerikon na grób Wiecherta, zawiozę Mu szyszkę z Piersławka i kamyk z Otulek. 
Lubię wsiąść na motocykl i jechać gdzieś. Marzę o Skandynawii, nigdy tam nie byłem. Kiedyś pojadę na występy do Stanów, obiecałem to sobie, kupię tam bajka i zostanę pół roku, by się wyjeździć. Polskę, wydawało mi się, znam, ale wciąż trafiam na miejsca nie do uwierzenia. Motocykl ma więcej wspólnego z koniem, niż z samochodem. Samochodem jedzie się, by dojechać, motocyklem - by jechać. Czuje się zapachy, bo ich kask nie zatrzyma. Czuję sosnowy las, mokradła, brzozy pachną sucho. Pies by oszalał. Gdy zsiadam po podróży, klepię motocykl po baku.
Daliśmy radę - mówię.

 

4

To uzależnienie od Otulek, tak nazywa się moja wioska, jest w pewien sposób utrudniające. Nie chcę stąd wyjeżdżać, a maja praca polega na tym, ze muszę wyjechać. Nie mam ochoty budować koło siebie Hali Ludowej, Areny, Spodka, Palladium, Hotelu Gołębiewski. Muszę więc pojechać tam, gdzie zbudowano te intrygujące obiekty.
Moja praca nie sprawia mi przyjemności. Od lat uprawiam ją bezrefleksyjnie. Mam niewątpliwy dar, który wykorzystuję. Ja po prostu wiem, jak to trzeba zrobić. To specyficzny rodzaj procesora, który akurat dostałem. Gdybym natomiast spróbował naprawić kontakt, natychmiast jebnęło by mnie na śmierć.
Nie myślę zbyt wiele o swojej pracy i ze wszystkich sił staram się nie uprawiać pogłębionej refleksji nad nią. Kilka lat temu proponowano mi uczenie konferansjerki w krakowskiej PWST. Poczułem się zaintrygowany, pomyślałem o ciekawie zbudowanych młodych studentkach (choć tu akurat niefart, bo zawsze podobały mi się 40-stki ), o alkoholu, który można by wchłonąć, o używkach nowej generacji, o tym jak pięknie wykładam na tle tablicy z wyrysowanymi wektorami ruchu konferansjera, na scenie niedużej zaludnionej licznie przez ludność koreańską męską nie mówiącą po angielsku, przy Wielkiej Okazji Otwarcia Fabryki Telewizorów, gdzie zatrudniono konferansjera, nie mówiącego po koreańsku. - Ja pierdolę, nie mogę im tego opowiedzieć - pomyślałem i nie przyjąłem tej roboty.
To się albo wie, albo nie wie i " to wszystko w tym temacie", jak mówi mój Ekonom Mirek, kiedyś poważny rockowy wokalista, dzisiaj gubiący gumofilce w Otulkowej glinie.
Ja nie tykam się kontaktów.
5

Kiedyś  estradowe zajęcia były tylko sposobem spędzania czasu. Jeszcze u końca lat 70., gdy już pisałem, poznałem Jacka Kaczmarskiego, Janka Wołka, Romka Kołakowskiego, Grzegorza Bukałę, Rudiego Schuberta. Żaden z nich nie pamiętał, że mnie zna, gdy po latach piliśmy wódkę, ale to przecież nie ma znaczenia. Byłem szczęśliwy, gdy na pierwszym roku studiów wygrałem jakiś poetycki konkurs, zacząłem pracę w studenckim radiowęźle. Pojechałem na Famę, poznałem Tomczaka, Tercza, Książka, Garczarka. Zacząłem grać na gitarze, składałem z bólem palców te swoje niezdary, byłem pracowity jak nigdy wcześniej i później. Dostałem jakieś nagrody za wytrwałość. Zaczęliśmy jeździć w trasy pociągowe z Czyżykiem, Bukartykiem, Wachnowskim, Olszewskim. Tylko Bukartyk miał Fiata 125p, co go dostał od któregoś teścia. Palił niedużo benzyny, ale oleju mnóstwo. Wszyscy mają wielkie miejsce w moim sercu. Byliśmy naładowani jak atomowe długopisy.
Mam wielkie poczucie niesprawiedliwości, że piękne, mądre pieśni Grześka, Marka, Garczara (był sporo starszy i patrzył na nas jak na obsrane, pocieszne spaniele), Wachny, niemal nie istnieją, a ja jestem gównianym gwiazdorkiem. Czuję się jak zdrajca.
Chyba dopiero wtedy, gdy umarł Jacek zamknąłem coś w sobie. To była Wielkanoc jak pamiętam. Zmywałem naczynia i telefon zadzwonił i Antek Pawlak powiedział, że już. Napierdalałem głową w półkę i nie mogłem się uspokoić. Przybiegła moja ówczesna kobieta, ale nie mogła mnie przywołać. Za chwilę była PAKA i poprosiłem o zastępstwo na koncercie, by móc pożegnać Jacka. Jakiś palant napisał w gazecie, że udział w pogrzebie zapowiedzieli m.in. Przemysław Gintrowski, Janusz Zaorski i Piotr Bałtroczyk, a ktoś na forum napisał, że gratuluje samopoczucia gwiazdom, które ogłaszają udział w pogrzebie przyjaciela. Nigdy nikt tak mnie nie uraził, i zabiłbym skurwysyna.
Gdybym umiał robić dobrze cokolwiek innego, wyszedłbym z garderoby wczoraj, nigdy nie wrócił i nigdy nie tęsknił. Raz na dwa lata wystartowałbym w Gminnym Konkursie Recytatorskim, by sprawdzić, czy wciąż to umiem. Nie lubię popularności, autografów, zdjęć i tego całego gówna psiego. Śniło mi się kiedyś, że schodzę z estrady i nakładam inną twarz z wieszaka.

6

Na początku lat 90. byłem już dość znany w środowisku. I pewnie dlatego, którejś wiosny zadzwonił telefon i, nie pamiętam kto, zapytał, czy nie przyjechałbym na PAKĘ. Nie miałem oporów. I od tej pory przyjeżdżam każdej wiosny, bywało że w Krakowie forsycje szykowały się do kwiatów, a moja Warmia dopiero wychodziła ze śniegów. To chyba już przy pierwszym pobycie, dostałem nominację na "dożywotniegoo konferansjera PAKI" i straszę Wujasa, że jeśli mnie kiedyś nie zaproszą, podam ich do Sądu, bo rzecz jest na piśmie. I to chyba przez PAKĘ wszystko nabrało przyspieszenia, zaczęły się zabawy telewizyjne, dziesiątki realizacji i w "Rotundzie", i w Łęgu. 
 

7

Chcę zbudować w Otulkach drugi dom. Ten w którym mieszkam ma ponad 100 lat. Nie jest mały, ale staje się czemuś ciemny. Warmińskie okna są małe i mało światła przez nie wpada, a moje oczy są coraz bardziej warmińskie. Pragnę światła, chcę siedzieć i patrzeć na staw, i na słońce zachodzące za stawem. Pogodziłem się z tym, że nie znam odpowiedzi, wkrótce pogodzę się z tym ze nie znam pytań. Jestem szczęśliwy - myślę - i na swoim miejscu.
Marzę o wielkiej przeszklonej kuchni, z oknami wychodzącymi na wodę, gdzie pomieszczę wszystkie moje zabawki, gdzie przy wielkim stole będę ucztował z Przyjaciółmi, gdzie będziemy pijać alkohole świata i cieszyć się, że póki co jesteśmy razem. Będziemy oglądać dawne fotografie, planować nowe wyjazdy i wiem, że będę myślał, że dostałem więcej niż przypuszczałem. I może jeszcze wtedy uda mi się kupić pięknego Stanisławskiego.

8

Niedawno, po raz pierwszy w życiu, oświadczyłem się. Myślałem, że kiedy to już się kiedyś zdarzy, choć nie myślałem, że się zdarzy, to będą grały trąby jerychońskie, zapali się stodoła u sąsiada i Straż Ochotniczo przyjedzie. A tu tymczasem leżeliśmy, lekko wstawieni oboje, się całując (to jest niebywale miłe zajęcie) i powiedziałem: 
- A może byś wyszła za mnie
- Słucham ? - powiedziała Grażyna
- Może byś wyszła za mnie i nie udawaj że nie słyszałaś - powtórzyłem, rozpaczliwie ratując honor mężczyzny, który po raz pierwszy w życiu się oświadcza i nie ma doświadczenia w oświadczaniu.
- Słyszałam - powiedziała.
Wiem zatem , że słyszała. To już dużo. Nie mogę Jej denerwować, ona wstaje rano i musi być czynna. Jest chirurgiem i nauczyła mnie, że dobry plan to plan elastyczny. Od tego czasu nie ruszamy tego tematu: Ona wie, ja wiem, nie ma o czym mówić.
Dzięki Niej pojawiło się kolejne miejsce, w którym jest mi dobrze: tam są książki, które mnie ciekawią; Szasta i Czips, Koty Które Pojawiają Się ZNIENACKA; obrazy, na które lubię patrzeć. Okna mieszkania Grażyny, wychodzą na boisko Szkoły nr 11, do której chodziliśmy, do jednej klasy nawet, w sąsiednich ławkach siedząc, ponad 30 lat temu.
- To nie jest tak, że ja Cię kocham czy coś tam - mówię. - Wiesz, że tak naprawdę chodzi mi tylko o Twoje mieszkanie i o ten widok na boisko Szkoły nr 11.
- No pewnie, że wiem - mówi Grażyna i uśmiechamy się do siebie. 
Bardzo chciałbym, żeby się zgodziła. Mam już wszystko głęboko przemyślane i wiem, że to może być niezapomniane wesele. Oczywiście wszystko miałoby zdarzyć się w Otulkach, gdzie miejsca starczy dla wszystkich. Cały teren tańców i gastronomii ogrodziłbym toi-toiami, każdy z gości dostałby klucz do swego, imiennie oznaczonego toi-toia, nad wszystkim unosiłyby się kolorowe lampiony, kwietne girlandy i baloniki. Na staw zrzuciłbym jachty kabinowe, na których Goście mogliby się zdrzemnąć i skorzystać z internetu. Wszystkich Gości witałby elegancki, młody, świeży i pachnący Konferansjer. Byłbym dla Niego bardzo miły i On dla mnie również, bo to w końcu ja bym Go zatrudniał i płacił. Dopiero chwilę później, tak by kutas wiedział, że ta praca niesie za sobą wiele niedogodności, wyznaczyłbym mu miejsce pracy na dachu najbardziej chybotliwego toi-toia, musiałby być w smokingu, śliskich butach, po chwili wszyscy mieliby Go w dupie, nie mógłby się napić, bo tak byłoby w umowie, mikrofon by nie działał i musiałby drzeć ryja, żuraw nasrałby mu na głowę, koło jego toi-toia stałby spalinowy generator i pierdział mu w twarz, i tam tylko śpiewałby Norbi, i deszcz by padał tylko tam.

9
Radź sobie Chłopaku.

• Rotunda - www.rotunda.pl
• Kabarety online - www.eKabaret.pl
Logotypy
© 2002-2011 paka.pl - Wszelkie prawa zastrzeżone. Zakaz kopiowania treści bez zgody autorów. Wykonanie projektu serwisu: Sztoldo.pl